PROLOG
Gdy podniesie się zasłona zwykła, widać, że scena jest zakryta szarą zasłoną wełnianą, jednolitą. - Na widowni ciemno - tylko od spodu sceny bije zielonawe oświetlenie. Szybko - z fałd zasłony wywija się postać odziana w taką samą szarą jak zasłona, szatę - z kapturem -szata powłóczysta - rękawy długie, szerokie. Twarz blada o zielonawej cerze. Postać bardzo wysoka - męska. Ruchy dziwne, skupione, długo wytrzymywane. - Sposób mówienia bez
30
patosu, dykcja bardzo wyraźna. - Postać (Mandragora) siada szybko na budce od suflera i patrzy chwilę w głąb teatru, wreszcie mówić zaczyna
MANDRAGORA
Ja jestem ludzka dusza! Ja jestem ten z głębiny szarej dziw. Ja jestem synteza ludzkich dusz. - Z prochu, co na pozór milczy martwy, powstaję - ja! - Z prochu tysiąca ciał, tysiąca energij, tysięcy milionów ludzkich zjaw. W głębinach ściągają się miliardy sił i oto - powstaję - ja... szary dziw. W głębinach ziemi... aż tam... Gdy ludzka dłoń sięgnie i wydziera mnie na światło - ja jęczę... ja wołam pomocy. Bo nie chcę, by ze mnie szły strzępy ku ludzkiej uciesze i woli. Po chwili
A oto - wydarto mnie - z głębiny kołyski mej grobowej. I z moich strzępów, z których jestem, oddarto najgorszy strzęp. - Bo najstraszniejsze zło. Nie zbrodnię, nie zawiść, nie mord. Oddarto większe zło. Głupotę ludzkich zjaw. I bryźnie moja krew na piękno, dobro, na to - co światłem drobnych istnień jest i ich tchnieniem jedynym. Jak cień, tak bryźnie ta krew - jak wielki, szary cień... Po chwili
Będziecie się śmiać... tak! będziecie się śmiać. A przecież to ze mnie strzęp, to z ludzkiej duszy strzęp! Ci, którzy są, o... tam, nie - nie są wcale źli. - Zabawni będą czasem, zwłaszcza ten pośród nich, który - gdy zechce swoje czyny naginać do ich czynów - rozumem swoim głupszy zdawać się będzie jeszcze od tych, co syntezą głupoty wszystkich raczej są. - Zabawni będą czasem - a przecież to... moja krew, to ludzkiej duszy krew, to bólów wszystkich ból...
PowstajÄ…c
Mój ból! mój ból!... Nie grom, nie rozpaczliwy krzyk dławionych zbrodnią zjaw albo nurzanych w jadzie i w błocie potężnych serc. Lecz drobiazg zatrutych strzał, niszczonych szlachetnych myśli, myśli nieśmiało poczętych, cierpienie dziecięcych serc. To niby wielkie nic. A przecież to gaśnie lampa, którą rozniecił z trudem ubogi, smutny człowiek, uczciwy, smutny człowiek...
Wyciągając rękę ku publiczności
I najstraszniejszy ból, ten bólów moich ból - to przecież będzie śmiech... wasz śmiech... wasz śmiech... Niknie za kurtyną
mandragora - roślina z rodzaju psiankowatych, z której otrzymuje się leki uśmierzające. Korzeń tej rośliny, tzw. alrauna, przypominający postać ludzką, używany był w średniowieczu jako potężny środek magiczny, a wiązano z nim różne legendy. Między innymi znana była - tłumaczona przez Jadwigę Przybyszewską i opatrzona wstępem Stanisława Przybyszewskiego - powieść Hansa Heinza Ewersa (1871 - 1943) pt. Alraune. Dzieje istoty żyjącej, wydana we Lwowie w r. 1917. Oczywiście Zapolska pisząc Ich czworo powieści tej znać nie mogła, ale ze względu na panującą wtedy modę na nauki tajemne, której i ona uległa, na pewno z zagadnieniem tym się zetknęła. Pisarka identyfikuje tu Mandragorę z Alraune: postać jej jest jakby uosobieniem niezwykłości oraz tajemnicy życia. Świadczyłyby o tym słowa Mandragory o głębinach ziemi, z których dłoń ludzka „wydziera" ją na świat.