ŻONA
No... jeszcze nie jedziemy. FEDYCKI
Ale pojedziemy. Co tu masz robić? - Matka cię nie chce - on cię nie chce - ja tu mam takie długi, że ulicami iść nie śmiem... Co nam pozostaje?... A potem ty nie mogłabyś żyć bez twego cukrowego niedźwiedzia, bez twojej fajansowej laleczki, bez twego kota marynowanego...
Co? ŻONA
przechodzi do stołu
Idź!... ty!... słoniu brandenburski! ty mnie umiesz brać. FEDYCKI
A, bo my jesteśmy dla siebie stworzeni. My to już tak będziemy razem do śmierci.
ŻONA
Nie - ja nie mogę jechać.
FEDYCKI Dlaczego?
ŻONA
A, bo ja zawsze jemu mówiłam, że tylko szlachta zgrywa się w Monaco. On będzie się śmiał. FEDYCKI
Idź, co cię to obchodzi. Niech się śmieje! - Jania... jedziemy? Fedycki obejmuje ją z tyłu i całuje w kark
ŻONA
No, zresztą... pal sześć... pojadę...
FEDYCKI Brawo - hip! hip! hurra!... Chwyta ją wpół i sadza na stole
Tylko... cicho... sza... ja muszę sprzedać, co mam, chyłkiem, bo to na raty... wezmę jeszcze jeden aparat fotograficzny, ty rzeczy zaraz do domu komisowego i tam przyślę ci handełe-sów .
ŻONA
Jaki ty mądry. Och, ty!... ty kulko szklana! ty kocie pozłocony.
FEDYCKI zdejmuje ją ze stołu
Ty też jesteś mądra i cacana. Zobaczysz, jaki szyk będzie z ciebie w Monte. Prima sorta... Chodźmy!...
handełes - tak nazywano domokrążców żydowskich handlujących starzyzną.