PANNA MANIA
Lilusia patrzy za mamą? ho! ho! szukaj wiatru w polu! O! tu mleko, Lilusiu. Prowadzi Dziecko do stołu, bierze tacę, -podchodzi do drzwi, Męża - puka - słodko Proszę pana profesora - drugie śniadanie.
Wnosi śniadanie do pokoju profesora, wraca zaraz i przechodzi, zacierając z radości ręce, do pokoju Żony. - Na scenie zostaje tylko Dziecko samo, koło szezlongu - smutne, z opuszczonymi rączkami. Promień ukośny słońca je oświetla, ono chwilkę stoi, wreszcie siada na szezlongu, zasłania twarz rączkami i widać, jak cicho płacze. Nagła chwila zupełnej ciemności -gdy się zielonawo cokolwiek rozjaśnia, na środku sceny zjawiła się Mandragora - Dziecko siedzi nieruchome, z twarzą zasłoniętą, ledwo widoczne
MANDRAGORA
chwilę milczy i wreszcie mówi cicho
I cóż? na pozór nic?... trywialne, głupie nic. Tragedie? jakież? gdzie? Nie umarł przecież nikt! Nie pogrążono wielkiej idei żadnej w grób, z przeznaczeniami nikt - nie wiódł herosów bój... A przecież z duszy mej - wyrwano krwawy szmat. - Bo w błoto poszło dwoje - trzeci nie uniknie szpon - a oto czwarte cierpi, cichutko, smutno łka - a potem łańcuch cały starganych istnień, mąk... szantaży... życia na wiarę... ciskania hańby w twarz!... Po chwili
Bryznęła moja krew - głupoty mojej krew. Szara zasłona powoli się zasuwa
Tragedią ludzi czworga - to była dusza moja - ta cząstka głupia duszy, która wzbudziła śmiech!... wasz śmiech! wasz śmiech!... Zasłona się zamknęła